Iuno cz. 2
Pierwsza część tego opowiadania ukazała się w poprzednim wydaniu „Nieregularnika”. Przed rozpoczęciem czytania tej, zachęcamy do zapoznania się z poprzednią częścią, ale nie jest to wymagane do zrozumienia kontynuacji.
Pierwsza część tego opowiadania ukazała się w poprzednim wydaniu „Nieregularnika”. Przed rozpoczęciem czytania tej, zachęcamy do zapoznania się z poprzednią częścią, ale nie jest to wymagane do zrozumienia kontynuacji.
III.
Profesor miał w zwyczaju zaczynać zajęcia, wyłaniając się z ciemności bezokiennych naw na tyłach auli. Zwykle przechodził w milczeniu i był to czas na uspokojenie umysłów, które miały za chwilę doznać wstrząsu gwałtowniejszego od wszystkich innych doświadczeń, jakie student może przeżyć. Jednakże tym razem prof. Nicki przemówił swoim grubym basem prosto z ciemności, co nieco nas zaskoczyło.
– Czy zastanawiało państwa kiedyś to, jak wyglądają istoty kolokwialnie zwane „kosmitami”? Czy twory natury tak odległej jesteśmy sobie w stanie w ogóle wyobrazić? Przecież – tu zaczął ostrożnie schodzić z góry, przestępując z półcienia w pełne oświetlenie – inne galaktyki miały ostatni raz styczność z naszą jeszcze na początku świata. Jak wielce nieprawdopodobne jest, że „obcy” tak jak my, posiadają cztery kończyny i głowę, w której mieści się centralny ośrodek reakcji ciała! I nie chodzi tu jedynie o sprawy powierzchowne – różnice mogłyby sięgać dużo głębiej. Dajmy na to: obcy nie tylko nie musieliby mieć ust, ale także nie musieliby się porozumiewać; nie musieliby codziennie kłaść się spać, lecz również w ogóle nie odpoczywać lub, przeciwnie, trwać cały czas w stanie bezczynności. Ostatecznie ich ciała nie musiałyby być zbudowane z komórek, ale z całkowicie odmiennych struktur. Wyobrażając sobie „kosmitę”, zwykle mamy jednak przed oczyma karykaturę smerfa – niebieskie ubarwienie skóry, skośne, wyłupiaste oczy, ogromna głowa i zniekształcone kończyny. Czynimy to tak, jak nauczyła nas natura, jakbyśmy określali wygląd nowego gatunku zwierzęcia. W podświadomości pragniemy, aby obce planety były zamieszkane przez istoty zbliżone do ludzi. Nie obchodzą nas bierne formy życia, właściwie nie bierzemy pod uwagę „zwierząt kosmicznych”. Najchętniej odkrylibyśmy planetę, na której żyją inteligentne stworzenia będące ssakami o czterech kończynach, tułowiu i głowie, tworzące rodziny i społeczeństwa.
Nastała chwila ciszy. Studenci lekko kiwali głowami, potwierdzając, że taki sposób myślenia, w którym istoty obce ulegają uczłowieczeniu, jest rzeczywiście prymitywny i błędny. Większość słuchała z zaciekawieniem, tylko kilku notowało, ja natomiast czułem doskwierający głód, ponieważ rano nie zdążyłem nic zjeść. Próbowałem wsłuchać się i zapomnieć o potrzebach ciała. Profesor kontynuował.
– Najśmieszniejsze jest to, że przypuszczalnie „tamci” również w taki sposób wyobrażają sobie inne cywilizacje kosmiczne. Może są na podobnym poziomie rozwoju, a może nawet na wyższym – tego nie możemy stwierdzić. Dlaczego, skoro jeśli nie nawiązano z nami kontaktu, prawdopodobnie nie ma istot, które tak jak my potrafią eksplorować przestrzeń kosmiczną? To proste – potraktujmy obrany przez ludzkość kierunek ewolucji za przypadkowy. Naszym priorytetem od ponad dwóch stuleci jest kosmos. Jeszcze pół wieku temu brakowało nam tylko jednego odkrycia, ostatniego ogniwa, żeby rozwiązać problem ogromnych odległości kosmicznych. Mimo że nad regresją czasu pracowało tak wiele wybitnych osób, uważam za niebywały zbieg okoliczności ostateczny sukces tego wynalazku. Nasza cywilizacja miała po prostu duże szczęście, że udało się jej przebić barierę blokującą dalszy rozwój w dziedzinie, którą przypadkowo sobie obrała. Wniosek jest taki: obcy nie musieli ewoluować w kierunku odkrywania kosmosu. Przypuśćmy jednak, że tak się stało. Wówczas, nawet jeśli ich cywilizacje są na wyższym poziomie niż nasza, pośród tysięcy genialnych odkryć i wynalazków wciąż może brakować tego, co pozwoli im na pełną eksplorację kosmosu. Wynalazki to najczęściej przecież wytwór przypadku. Niewykluczone, że obcy obejdą tę barierę w inny sposób. Na tę chwilę jednak to nie my jesteśmy odkrywani, ale to my odkrywany innych.
A teraz wróćmy do poprzedniego wątku – ton profesora Nickiego zmienił się na belfrowaty. – Osiemnaście lat temu zmarł pan Konstanty Ć. Olchowski. Poza tym, że był to jedyny człowiek noszący imię zaczynające się na literę „Ć”, jakiego znałem, zasłużył się w astronautyce niezwykle ważnym odkryciem, które kilka lat później umożliwiło Walterowi Sego i jego zespołowi stworzenie reduktora czasu. – Salę wypełnił cichy rechot. – Zdziwiłbym się, gdyby nie znali państwo nazwiska Olchowski (w końcu to nasz rodak), ale o tym, że nieznany jest państwu Sego, nie jestem w stanie nawet pomyśleć. Nic dziwnego – jest to człowiek, który dokonał tego, na co czekaliśmy od wielu lat – skrócił czas.
Sego nie doczekał się jednak ery misji milenijnych – lotów, które w normalnych warunkach trwałyby miliony lat i odbywają się na odległości nie mniejsze niż tysiąc parseków – ale snuł wiele hipotez na ich temat. Jedna z jego teorii dotyczy cywilizacji istot pozaziemskich. Sego porównywał przestrzeń kosmiczną do oceanu tak, jak robili to inni astronautycy. Ocean rozdzielił lądy na Ziemi, przez co poszczególne części świata rozwijały się przez długi czas niezależnie od siebie. Po skolonizowaniu obcych lądów okazało się, że zarówno w Ameryce jak i w Australii żyje ten sam gatunek człowieka różniący się jedynie szczegółową anatomią od ludzi z innych części świata. Co więcej, niektóre zachowania, wierzenia, mity oraz funkcjonowanie tych społeczeństw pokrywały się ze sobą. Mam na myśli przykładowo to, że starożytni Inkowie żywili się podobnie do Europejczyków – spożywali zboże i mięso (u jednych był to maniok i tapir, u drugich pszenica i wieprzowina). Dzieje się tak, ponieważ na całej planecie Ziemi, warunki życia różnią się od siebie nieznacznie, co w różnych częściach świata wykształciło analogiczne formy życia.
Tak działa także wszechświat. Natura w całej jego przestrzeni jest taka sama – dogodne warunki do zaistnienia życia na innych planetach są podobne do tych, które ukształtowały Ziemię. Podobna temperatura, podobny skład atmosfery, podobne pierwiastki tworzące podobne istoty żywe, podobny czas ewolucji… Wszystko wskazuje na to, że gdzieś poza układem słonecznym istnieją setki wariantów „Ziemi”, na których żyją alternatywni „ludzie”. – Niepokój rósł, ale mówca zdawał się tego nie zauważać i ciągnął z jeszcze większą pasją. – Relacje z kilku dokonanych w ostatnich latach misji badawczych są dla państwa niedostępne. Wiecie dobrze, że odkryto i nawiązano kontakt z obcymi, ale szczegółowe informacje nie są jeszcze gotowe do publikacji. Obecnie czekamy na powrót czwartej misji milenijnej „Akad”, która przyniesie obrazy oraz tłumaczone wypowiedzi Akadów. Do mojej dyspozycji zostały ostatnio przekazane wiadomości z trzech poprzednich. I tak jak państwo teraz, byłem oszołomiony faktami. Sego nie był w błędzie – wszystkie trzy misje nawiązały kontakt z cywilizacjami „kosmitów” o anatomii BARDZO bliskiej anatomii człowieka. Różnice widać istotnie dopiero na poziomie szczegółów. Przykładowo mieszkańcy z równika planety Arkaria Excaelis posiadają dwie nogi służące do poruszania się, dwie ręce zakończone dłońmi o pięciu palcach, głowę, po parze oczu i wypłaszczonych uszu oraz nos, tyle że jest on w dużym stopniu rozdzielony tak, że jego dwie części są w rzeczywistości dwoma oddzielnymi organami. Ich skóra ma kolor jasnobrązowy, co jest związane ze składem atmosfery A. Excaelis bogatej w pierwiastki zatrzymujące promieniowanie ultrafioletowe. Cały artykuł przeczytają państwo zapewne wkrótce, dlatego też nie będę wymieniał wszystkich podobieństw tych kultur z naszą. Istotne jest jednak, że organizacja społeczeństwa A. Excaelis opiera się na zasadach hierarchii i podziału na społeczności, wiele zwyczajów Ekscelsów znajduje swój odpowiednik na Ziemi, a komunikacja zachodzi za pomocą mowy złożonej z głosek, z których większość jest wymawialna dla człowieka.
Dalej nie byłem w stanie słuchać. Dźwięki przelatywały przeze mnie na przestrzał, jakbym był dziurawy. Musiałem poświęcić chwilę, żeby uświadomić sobie i zaakceptować to, czego się dowiedziałem. Cztery misje do odległych cywilizacji? W ostatnich latach? Czy mnie coś ominęło? Sądząc po twarzach innych słuchających, nie byłem sam. W przeciągu ostatniego kwadransa otworzyła się przede mną jakby ogromna przepaść i poznałem, że świat nie jest tak mały, jakim go sobie wyobrażałem. Mój światopogląd oraz młodzieńcze wyobrażenia kosmosu runęły niczym świątynia ze szpilek. W duchu jednak się cieszyłem – rozpierała mnie duma, że jestem członkiem cywilizacji, która zaszła tak daleko…
IV.
Na Junonie, w miejscu, gdzie wylądował statek, panował mrok. Wszyscy za wyjątkiem dwóch posterunkowych odsypiali wycieńczające 20 ostatnich godzin. Po tym czasie miał się rozpocząć właściwy etap misji.
Rankiem przed ceramitowym włazem czekał już rój karłowatych gapiów uzbrojonych w coś na wzór granatów ręcznych, patrzących żółtymi oczkami pełnymi przerażenia na sporych gabarytów wieżowiec, który nocą spadł z nieba. Głównodowodzący, Leser, ocenił zagrożenie na znikome i zarządził po śniadaniu godzinny odpoczynek, w czasie którego Hetmann i Winiarski zasiedli do wspólnego picia kawy. Po zakończonej przerwie oficerowie zebrali się w kajucie Lesera, który na nowo wyłożył im plan działania.
Pod wieczór do czytelni, w której przebywał prof. K. S. Winiarski, przybył pułkownik i oznajmił przypominającemu sobie zasady foniki mężczyźnie, że we wiatrołapie czeka na niego Junończyk, który zgłosił się na ochotnika do badań.
- Agresywny? - zapytał Winiarski półgłosem.
- Proszę się nie obawiać, w razie czego jest pan pod ochroną – odrzekł pułkownik.
Uczony udał się więc we wskazane miejsce. Zanim otworzył zasłonę wiatrołapu, poprawił sobie włosy i wyprostował się. W końcu zebrał myśli i dotknął klamki – ujrzał niską postać sięgającą mu do łydek – dużo niższą niż czatujący od rana wokół statku tubylcy. Milczała. Profesor kucnął i nachylił się ku niej, żeby upewnić się, czy nie wydaje może jakichś cichych dźwięków. Podał stworzeniu rękę, nie oczekując wcale znajomości tego gestu, jednak ku jego zdumieniu istota wyciągnęła małą, grubaśną dłoń i dotknęła nią jego palców. Winiarskiemu przeszło przez myśl, że może najdogodniejsze byłoby wziąć stworzenie na ramiona i przenieść do swojej kajuty, tym bardziej że wydawało się ono być nieagresywne, jednak uświadomił sobie powagę sytuacji i pociągnął Junończyka za podaną mu dłoń na znak, że chce go gdzieś zabrać. Ten poddał się bez oporu.
Po chwili obaj siedzieli w fotelach naprzeciw siebie. Winiarski zaczął mówić, kręcąc długopisem między palcami:
- Dzień dobry.
- „Deń dobwy” - wymówiła z trudem istota. Jej głos był wysoki, kobiecy, a akcentowanie bardzo zdecydowane.
- Konrad - przedstawił się profesor, wskazując palcem na siebie. Następnie gestem pokazał obcemu, że teraz jego kolej. Junończyk wypowiedział kilka wyrazów, rozmówca spróbował powtórzyć, a kiedy mu się to nie udawało, tamten przedstawił się jeszcze raz.
Doświadczony lingwista prowadził rozmowę dalej, a widząc zainteresowanie obcego, przyspieszał coraz bardziej. Po godzinie udało mu się nagrać parę dłuższych wypowiedzi w obcym języku. Zrobił chwilę przerwy, w trakcie której wrzucił materiał do kreatora słowników. Po kilku minutach komputer wskazał poziom komunikatywności na poziomie 12%. „Dobry wynik” – pochwalił się w myślach profesor. Ułożył parę zdań z pomocą nowego słownika i odtworzył je Junończykowi. Tamten widocznie się zdumiał, bo zeskoczył z fotela i podszedł bliżej komputera, żeby zobaczyć, czy w pobliżu nie schowała się być może jakaś bratnia dusza. Profesor pokazał mu ekran i wyjaśnił ruchem ręki, że głos dobiega stąd. Potem jeszcze raz odtworzył pierwsze pytanie: „Ja jestem dużo, czemu ty jesteś mało?” Obcy rzucił jakieś zdanie, które w tłumaczeniu komputera brzmiało: „Jestem kobietą”. Winiarski przejął się nieco, że do tej pory w myślach traktował istotę jako mężczyznę i szukał w swoim zachowaniu czegoś, co mogło z tego powodu ją urazić, ale nie przypomniał sobie nic takiego. Następnie za pośrednictwem słownika spytał:
- Czy nie-kobiety na Junonie są małe?
Komputer przełożył: „Bo [nieznane słowo] buty”. Człowiek pokręcił głową na znak, że nie rozumie.
Junonka sięgnęła do nóg i z trudem zdjęła z nich oba buty naraz zamaszystym ruchem. W tej chwili stół podskoczył, wyrzucając w górę niezapisane kartki. Winiarski krzyknął, ale wnet się opamiętał. Zobaczył za stołem prawdziwie ludzką kobietę o białej skórze i wyrazistych kształtach. Jej twarz przypominała tę, którą zapamiętał u Junonki, jednak znacznie się wydłużyła. Zresztą cała postać sięgała teraz profesorowi do ust. Wstał, żeby się o tym przekonać, obszedł kobietę dokładnie badając jej ciało wzrokiem. Miała na sobie dwie narzuty – od pasa w dół zakryta była spódnicą, a na ramionach wisiało coś na wzór peruwiańskiego ponczo. Profesor z zadziwieniem stwierdził, że Junonka jest piękna, choć egzotyczny wyraz jej twarzy nieco różnił się od fizjonomii ziemskich kobiet.
Ponownie zasiadł w fotelu i poprosił o to samo towarzyszkę. Niespodziewana zmiana sprawiła, że zaczął zachowywać się inaczej. Pogładził się po brodzie i z nową mocą zaczął wypytywać…
V.
...Junończycy odkryli dylatację czasu wcześniej niż ludzie. Przez wiele lat próbowali zastosować swoje odkrycie w życiu codziennym. Jak w każdym społeczeństwie trafiło się jednak wśród nich wielu ignorantów, którzy zaczęli uprawiać swoisty kult teorii względności. Wkrótce doszło do tego, że we większości państw Junony wprowadzono przymusowy nakaz chodzenia na rękach i niepodnoszenia głowy na wyżej niż pół metra nad ziemią. Chodziło o to, żeby najważniejsze narządy w ciele, czyli serce i mózg, starzały się jak najwolniej, przez co miała wzrosnąć długość życia mieszkańców. Jak wiadomo, czas płynie wolniej przy większym przyspieszeniu grawitacyjnym, które z kolei przyjmuje większą wartość, im bliżej środka planety. Pozornie takie rozwiązanie było więc zasadne.
Dzisiaj Junończycy stosują powszechnie inny sposób - zakładają buty na ujemnym obcasie. Sposób działania tego wynalazku jest dla nas niewyjaśniony, jednak ujemny obcas, będący w rzeczywistości wielkością urojoną, stał się faktem. Tak, jak zakładając normalne obcasy, człowiek staje się wyższy, tak w przypadku ujemnych – jego wzrost się zmniejsza. Nie znaczy to wcale, że wbija się on w podłogę tak, jak na zbyt wysokich obcasach nikt nie przenika przez sufit. Ujemne obcasy istnieją i, choć jest to zjawisko niewyjaśnione dla ludzi, trzeba się z tym pogodzić. Czy staną się one obiektem badań, nowym krzykiem mody, czy sposobem na wydłużenie życia? – tego dowiemy się po powrocie misji „Junona”.
